PRZYBYCIE DO BAOBABU
Michał Ziomek kl 3
Opowiadanie na podstawie wybranego epizodu z powieści "W pustyni i puszczy" Henryka Sienkiewicza
Po długiej wędrówce oczom przyjaciół ukazał się wielki baobab. Było to wielkie i dziwnie wyglądające drzewo. Na pewno mieszkają tu duchy szepnoł tu Mea do Kalego. Nel słysząc to bardzo się przeraziła, ale Staś ją uspokoił.
Tymczasem Mea mówiła przy ognisku jakieś dziwne słowa. AMMARE SEAREMA ALWARE ! mówiła. - Co ona mówi ? Stasiu, w jakim to języku SEAREMA ALWARE zapytała Nel. - To afrykańskie zaklęcie na odpędzenie duchów odpowiedział Staś Po chwili z dziupli, która przypominała ogromną pieczarę wypełznął wielki wąż boa. Staś oddalił się na bezpieczną odległość, ale wąż był tak przerażony, że nawet uwagi na nich nie zwrócił tylko uciekł. Potem ostrożnie weszli do środka. Dla Nel był tylko i wyłącznie zabawa, ale dla Stasia nie. Nikt nie miał pewności, że zwierzęta, które zamieszkiwały baobab opuściły go.
Po paru godzinach wszyscy byli pewni, że poprzedni mieszkańcy wyprowadzili się na stałe. Następnego dnia Staś wpadł na pomysł żeby nadać drzewu nazwę. Postanowił nazwać je Kraków. Urządzili baobab tak, by można było w nim mieszkać. Cały dzień spędzili zbierając jedzenie i zwiedzając okolicę. W nocy Nel dostała wysokiej gorączki, ponieważ chorowała na febrę. Potrzebne było natychmiast lekarstwo, które mogło uratować jej życie. Staś bardzo się martwił o Nel. Nie wiedział co robić. Po pewnym czasie przypomniał sobie, że stojąc na zboczu widział daleko przed sobą unoszący się dym. Oznaczało to, że tam mogą być ludzie i lekarstwo dla Nel.
W tym momencie podjął decyzję i nie zważając na mogące go spotkać niebezpieczeństwa wyruszył w drogę.
MODLITEWNA PRZYNĘTA NA RYBY
Jan Sobielarski kl. 3
Opowiadanie na podstawie wybranego epizodu z powieści "W pustyni i puszczy" Henryka Sienkiewicza
Był ciepły i słoneczny dzień. Ptaki pięknie śpiewały pośród dużych i zielonych drzew. Staś i Kali byli głodni, wybrali się więc nad rzekę łowić ryby. Łapanie większych zwierząt było niebezpieczne, dlatego nasi bohaterowie musieli zadowolić się taką przekąską.
Chłopcy wybudowali specjalne, drewniane siatki na ryby, Staś rozpoczął połów. Kali w tym czasie łowił pomagając sobie modlitwą. Polegała ona na zaklinaniu i proszeniu ryb o wpłynięcie do siatki. Był to dość dziwny sposób, lecz niezwykle skuteczny. Staś dziwił się bardzo i sądził że sposób, w jaki łowi jego przyjaciel jest śmieszny.
Kali próbował wytłumaczyć Stasiowi, że "łowienie modlitwą" jest lepsze, lecz przyjaciel upierał się i chciał za wszelką cenę udowodnić, że jego sposób jest też dobry. Jednak po jakimś czasie Staś zwątpił. Jego przyjaciel złowił dużo ryb, a on ani jednej. Kali namówił Stasia, żeby przemówił do ryb nurzając siatkę w wodę jak on. Na początku białoskóremu chłopcu to nie wychodziło. Lecz za trzecim, czwartym razem wszystko się odmieniło.
Staś przemówił do ryb, a jego modlitwa brzmiała tak: "No chodź rybko, no chodź! Co ci zależy?".
MOJE MARZENIA
Aleksandra Słyk, kl.2
MOJE MARZENIA
są najważniejsze i najpiękniejsze. Jednak bardzo przyjemnie jest spełniać marzenia innych ludzi. Ja najbardziej bym chciała, żeby cały świat był wesoły i kolorowy , żeby wszyscy ludzie byli uśmiechnięci i szczęśliwi. Marzeniem , chyba wszystkich jest świat bez wojen i niesprawiedliwości. Jednak te wielkie marzenia są trudne do spełnienia.
Mam również swoje małe życzenie. Chciałabym pojechać do ciepłych krajów, kąpać się w morzu i bawić na plaży. Chciałabym mieć wielu przyjaciół i podróżować z nimi po świecie. Marzy mi się aby w przyszłości zostać lekarzem , leczyć dzieci i pomagać im być szczęśliwymi. Ale najlepiej byłoby żeby dzieci nigdy nie chorowały. Uważam , że marzenia są bardzo ważne bo dzięki nim weselej i przyjemniej nam się żyje.
DŁUGOPIS
OLGA JACKOWSKA kl. 6
Jestem długopisem koloru niebieskiego i chciałbym opowiedzieć Wam o moim życiu. Wszystko zaczęło się od moich urodzin w fabryce Pentel. Razem z moimi braćmi zostaliśmy poupychani w wielkich pudłach. To było straszne. Ludzie nie wiedzą, że przedmioty czują i traktują nas jak śmieci. Potem bardzo zatrzęsło i karton się otworzył. Jakiś pan położył nas na półce. Leżałem tam długo, aż w końcu przyszła obca pani i wzięła mnie oraz kilka innych długopisów.
Po jakimś czasie ta sama kobieta wrzuciła mnie do pudełka ze starymi kredkami. Dzieci kolejno przychodząc zabierały moich braci. W końcu przyszła kolej na mnie. Moim właścicielem był wysoki chłopak z szyderczym uśmiechem. Ścisnął mnie mocno i zmusił do pisania. Lecz ja zacząłem się krztusić i zaplamiłem mu kartkę. Zdenerwowany dzieciak cisnął mnie w kąt. Odbiłem się od ściany i upadłem na podłogę. Byłem cały poobijany. Zasnąłem z przemęczenia. Kiedy się obudziłem, leżałem na ławce koło piórnika. Mała dziewczynka właśnie sięgała po mnie ręką. Serce zamarło mi z przerażenia. Bałem się ludzi po tym co mi zrobili, lecz ona była inna. Delikatnie mnie biorąc, otuliła w chusteczkę i włożyła do plecaka. Kiedy doszliśmy do jej domu wyjęła mnie z plecaka, położyła na biurku i odeszła. Zacząłem rozglądać się po pokoju. Było tam pełno lalek i pluszowych misiów. Nagle drzwi zaskrzypiały, weszła mała Kasia. Podniosła mnie i zabrała do łazienki. Włożyła mnie pod ciepłą wodę, delikatnie obmyła ślady po tuszu, a następnie wytarła w miękki ręcznik. Od tego czasu zostałem przyjacielem całej rodziny, wszyscy kłócili się o to, kto ma mną pisać. Najczęściej była to mała Kasia, ponieważ to ona w końcu mnie znalazła. Kiedy mnie używała, a robiła to bardzo często starałem się jak najładniej pisać. Poznałem tu też wiele koleżanek i kolegów, na których zawsze mogę liczyć.
Pewnego dnia Kasia zabrała mnie do szkoły w małym skórzanym piórniku. Po lekcji języka polskiego odłożyła mnie na zeszyt i odeszła. Miałem złe przeczucia. Do ławki podeszło jakieś dziecko. To był on - chłopak, który wcześniej rzucił mnie na ziemię. Serce biło mi coraz szybciej i szybciej. Brudna dłoń zmierzała w moim kierunku. Złapała mnie i mocno ścisnęła. Z ust chłopca wydobywał się szyderczy śmiech. W pewnej chwili dzieciak zaczął machać ręką i wtedy pojawiła się Kasia. Pchnęła złoczyńcę na ziemię i przytuliła mnie do siebie. Dzieci zaczęły się śmiać z mojej wybawczyni. Wszyscy uznali ją za dziwaczkę, lecz Kasia niczym się nie przejmując, schowała mnie do plecaka i wyszła z klasy.
Po tym incydencie już nigdy nie zabierała mnie do szkoły. Często wracała do domu smutna, a czasem nawet płakała. Była bardzo dobrą uczennicą i z tego powodu wszyscy jej dokuczali. Najgorsze było to, że nie mogłem jej pocieszyć. W takich chwilach leżałem bezczynnie w piórniku. Kiedy po jej policzkach spływały łzy, moje serce pękało z żalu. Czasem wydawało mi się, że Kasia mnie rozumie, ponieważ na jej twarzy pojawiał się nikły uśmiech. Zdarzyło się, że Kasia wróciła do domu bardzo smutna. Podeszła do mnie i zaczęła pisać pamiętnik. Jej łzy opadały na różowe kartki notesu. Nagle do pokoju weszła cała klasa. Chuda dziewczynka trzymała w rękach bukiet kwiatów. Kasia odwróciła się. Dzieci zaczęły ją przepraszać za wszystko co jej zrobiły. Kasia wybaczyła im. Uśmiechając się włożyła kwiaty do wazonu. Podszedł do mnie ten sam chłopak, który znęcał się nade mną w szkole. Przestraszyłem się, lecz on zaczął mnie przepraszać. Wszyscy z klasy Kasi zrozumieli, że przedmioty też czują.
I stało się - skończył mi się wkład. Wszyscy rozpaczali. Nikt nie chciał pisać innym długopisem. Kasia już wychodziła, by kupić wkład, lecz przypomniało się jej, że była niedziela. Byłem przerażony Nigdy nie zmieniano mi wkładu. Czułem się okropnie. Domownicy szykowali się do pracy lub szkoły, a ja siedziałem bezczynnie w pokoju. Kiedy wszyscy już wyszli i zostałem tylko ja, pomyślałem o zmienianiu wkładu. Nagle usłyszałem czyjś głos. To była pani Kredka. Opowiedziała mi o swoim życiu. Bardzo ją polubiłem i zaproponowałem, żeby zamieszkała wraz ze mną w piórniku, ale ona powiedziała, że woli swoje pudełko. Zrozumiałem ją, bo na jej miejscu też bym się nigdy nie przeprowadził w obce miejsce. Zapytałem też Kredkę, czy kiedykolwiek zmieniali jej wkład i czy to boli . Zaśmiała się mówiąc, że jestem tchórzliwy, a to nie prawda. Ja po prostu chciałem wiedzieć! W końcu spoważniała i odpowiedziała na moje pytanie. Jej nie wymieniali wkładu, tylko ją temperowali, a to jest coś innego, ale powiedziała żebym się nie bał, bo to nie boli.
Następnego dnia Kasia przyniosła wkład. Podeszła do biurka i wzięła mnie do ręki. Byłem przerażony, pomimo zapewnień Kredki. Nagle straciłem przytomność. Gdy się obudziłem leżałem na stoliku, a obok mnie niebieski wkład. Czułem się coraz gorzej i gorzej. Zaczynało mi się kręcić w głowie i było mi niedobrze. Widziałem jakieś postacie, ale za mgłą. Nade mną stała Kasia, podniosła mnie. Nagle poczułem napływ energii. Wkład został zmieniony. Czułem się jak nowo narodzony. Odtąd nie bałem się już zmieniania wkładów. Teraz żyję spokojnie i beztrosko wraz z Kasią i jej rodzicami.
SAMOCHODZIK
Nazywam się Samochodzik. Jestem zabawką małego chłopca o imieniu Piotruś. Chłopiec codziennie bawi się mną od rana do wieczora. Ostatnio tak przy mnie majsterkował, że odpadły mi trzy kółka i porysowała się karoseria. Przez to wszystko niemalże zostałem wystawiony na organizowaną przed naszym domem wyprzedaż niepotrzebnych zabawek. Na moje szczęście tata chłopca - mój wybawca przykręcił mi kółka i pomalował mnie. Gdy chłopiec zobaczył, że nic mi nie jest, postanowił nadal się mną bawić. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.
Jeżeli wydaje się Wam, że ta historia jest straszna - jesteście w błędzie! Przygoda z wyprzedażą to ,,bułka z masłem" w porównaniu z tym, co Wam teraz opowiem.
Było to tak. Pewnego dnia Piotruś bawił się mną na biurku. Puszczał mnie od jednego brzegu blatu do drugiego. W pewnym momencie chłopiec zbyt mocno mnie popchnął i spadłem na podłogę. Gdy wylądowałem na dywanie, zainteresował się mną leżący pod krzesłem pies. Reksio - bo tak miał na imię pies - złapał mnie w swoje szpony i ... wybiegł do ogródka. Wierzcie mi, było to tragiczne przeżycie! Już myślałem, że po mnie, że nikt mi nie pomoże! Pies zaczął mnie rozszarpywać, już widziałem jego ogromną paszczę. Nagle podszedł pewien człowiek. Nieznajomy wziął mnie do swego prawdziwego samochodu i odjechał. W pierwszej chwili pomyślałem: ,,dzięki ci, kimkolwiek jesteś!". Szybko jednak zorientowałem się, że zostałem porwany. Bardzo się bałem. Człowiek ów zawiózł mnie do jakiegoś magazynu z zabawkami. Poznałem tam inne samochodziki. Okazało się, że one też zostały porwane.
Gdy Piotruś zorientował się, że mnie nie ma, rozpoczął poszukiwania. Nie dziwię się. Przecież sam mówił, że jestem jego ukochanym samochodzikiem. Jednak to nie mój właściciel odnalazł mnie. Nie zgadniecie, kto tego dokonał! Był to Reksio! Pies, który jeszcze niedawno chciał mnie pożreć. Od tamtej pory Reksio dostaje w nagrodę ogromną porcję jajecznicy. Zazdroszczę mu! Ja jestem wciąż na tym samym oleju! Mam nadzieję, że Was nie zanudzam, bo to jeszcze nie koniec moich przygód.
Pewnego pięknego dnia Piotrek sterował mną za pomocą pilota, jeżdżąc moimi kołami po łapkach Reksia. Psu się to nie podobało (trudno się temu dziwić), więc zaczął mnie atakować i pogryzł mi spoiler. Chłopiec oczywiście tego nie widział, ponieważ w międzyczasie poszedł na obiad do kuchni. Reks wiedząc, że nikt go nie kontroluje potwornie się rozbestwił. Pogryzł mi maskę, a co gorsza rozbroił mój silnik. Pomyślałem: ,,pech to pech!".
To, co teraz usłyszycie przechodzi ludzkie pojęcie. Otóż pewien wielki obrzydliwy Pitbull chwycił mnie w swoją paszczę i zaniósł mnie jakiemuś wariatowi, który miał fioła na punkcie samochodów sterowanych pilotem. Nie zdajecie sobie sprawy z tego, ile on ich miał! Ciekawe ilu dzieciom je zabrał? Ach, to straszne! Biedne maluchy, współczuję im.
Piotruś oczywiście zauważył moją nieobecność, na dywanie bowiem leżały kawałeczki mojego spoilera. Uznał jednak, że to sprawka Reksa. Tak więc byłem zdany wyłącznie na siebie. Wydawało mi się, że nie mogę nic zrobić. Gdy tak rozpaczałem, nagle olśniło mnie. Spostrzegłem, że ten pan naprawia wszystkie ukradzione modele samochodzików. Ciekawe, w jakim celu to robi? Poprosiłem więc, dopiero co naprawione auto, by mocno mnie pchnęło do przodu. I tym sposobem znalazłem się na początku kolejki do mechanika. Kiedy byłem już zupełnie sprawny, namówiłem kolegów do ucieczki. Mój silnik pracował teraz niezawodnie. Szybko dotarłem do domu. Mam nadzieję, że moi kumple też.
Nawet nie wiecie jak bardzo Piotruś ucieszył się na mój widok. Od tamtej pory zajmuję honorowe miejsce na najwygodniejszej półce w jego pokoju. Ogromnie się z tego cieszę. I powiem Wam w tajemnicy, że na razie nigdzie się nie wybieram. Muszę odpocząć. Cześć.
LATARNIA
MARCIN JABŁOŃSKI kl. 5
Jestem latarnią. Stoję w Warszawie przy ulicy Jerzego Waszyngtona. Mam już ponad sto lat. Dawno temu miasto wyglądało pięknie. Była niska zabudowa a ulicami jeździły dorożki zaprzężone w konie. W Parku Skaryszewskim rosły piękne zielone drzewa. Małe dzieci chodziły tam z mamami, babciami bądź rodzeństwem. Starsze dzieci pośród śpiewu ptaków grały w klasy lub bawiły się w berka. Wzdłuż drogi stały latarnie i rosły kasztany. Wtedy zachwycałam się tym pięknym krajobrazem. Nad miastem fruwały najprzeróżniejsze ptaki. Na moim czubku gołębie uwiły sobie gniazdo. Latem niebo miało barwę jasnego błękitu, a zimą czystego jak kryształ morza. Nigdy nie widziałam śpiących na ulicy ludzi.
Pewnego dnia mieszkańcy stolicy zaczęli dziwnie wyglądać. Mieli smutne miny i rozmawiali ze sobą szeptem. Po paru dniach dowiedziałam się o niemieckiej inwazji na nasz kraj.
Wojna była straszna. To najgorsza rzecz, jaką wymyślili ludzie. Nad Warszawą latały samoloty, płonęły domy, wybuchy bomb zabijały ludzi i zwierzęta. Widziałam łapanki i słyszałam o wywożeniu ludzi do obozów koncentracyjnych. Pracowali tam ponad siły, umierali z głodu, nędzy i wycieńczenia. Pięknego upalnego lata na ulicach po lewej stronie Wisły zaczęły się bitwy. Zupełnie małe dzieci walczyły z niemieckimi czołgami. Znów nasiliły się bombardowania. Któregoś dnia usłyszałam ogromny huk i poczułam wstrząs. Gdzieś niedaleko nastąpił potężny wybuch. Most Poniatowskiego zaczął zamieniać się gruz i pył. Gdy kurz opadł pięknego szerokiego mostu już nie było. Po drugiej stronie rzeki nie było też miasta. Wszystkie domy, ulice, pałace, muzea zostały zniszczone. Z Warszawy pozostało mnóstwo gruzu, a szary pył długo jeszcze unosił się nad miastem. Nie mogłam na to patrzeć. Nastrój poprawiał mi tylko widok barwnego Parku Skaryszewskiego.
Z trudem przeżyłam wojnę. Warszawa była nie do poznania. Niemal wszystko legło w gruzach. To, co pozostało nie przypominało już przedwojennego miasta. Jedynie mój ukochany park był taki sam jak wcześniej.
Po wojnie ludzie zaczęli usuwać drzewa. Cudne stare kasztany zostały ścięte. Poszerzono ulicę, ale straciła urok kasztanowej alei.
Już prawie nigdzie nie rosły w mieście drzewa. Pozbawiona zieleni Warszawa stała się brzydka. Nie było zagajników, kolorowych krzewów, ani drzew wzdłuż ulic.
Później miasto zaczęło się rozrastać. Stawało się coraz większe, a budynki cały czas pięły się w górę. Na niebie pojawiła się szara mgiełka, która snuła się z kominów fabryk. Wciąż przybywało samochodów, a ptaki wypłoszone hałasem - odleciały. Do stolicy przeprowadzało się coraz więcej osób. Miasto rosło w zastraszającym tempie. Było coraz więcej fabryk, samochodów, smogu i hałasu. Niebo nie było już szafirowe, stało się blade i szare.
W końcu powstała dzisiejsza stolica, przeciwieństwo starej Warszawy. Gdy obserwuję otaczający mnie świat, jestem przerażona. W dzień chodzą tu pijacy, a w nocy chuligani kradną portfele, wybijają szyby w oknach i malują po murach. Najgorsze jest to, że niszczą wszystko wokół, nawet wyginają latarnie. Mnie wygięto już kilkanaście razy. Na ulicach wciąż przybywa włóczących się bezdomnych ludzi. Kilka osób nawet pode mną sypia.
Nie mogę już słuchać trąbienia samochodów, pisku opon oraz ryczenia silników. Najstraszniejsze są wypadki. Co kilka dni widzę kraksę. W wielu z nich dochodzi do śmierci. Dużo samochodów podczas zderzeń zaczyna się palić. Inne składają się w harmonijkę, jak papier.
Kilka tygodni temu był piękny dzień. Słońce świeciło a Park Skaryszewski był bardziej zielony niż zwykle. Stałam i patrzyłam na jezdnię. Nagle usłyszałam: ,,bum!". Czerwony samochód wpadł na barierki przy przystanku tramwajowym. Zbiegli się ludzie. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Samochód miał tylko stłuczony przód. Obok na torach tramwajowych zatrzymało się inne auto. Jego pasażerowie tak zapatrzyli się na wypadek, że nie zauważyli nadjeżdżającego z przeciwnej strony tramwaju. Tramwaj nie zdążył zahamować i uderzył w stojący na torach samochód. Ten zaczął wirować i wpadł na inny pojazd pędzący jezdnią. Usłyszałam wybuch i zobaczyłam słup ognia, a na ulicy pojawił się pył. Następnego dnia o tym wypadku pisały wszystkie warszawskie dzienniki. Słyszałam rozmowy ludzi - podobno pasażerowie obu samochodów zginęli.
Nie wiem jak mieszkańcy Warszawy mogą oddychać powietrzem przesyconym dymem i spalinami?! Gdybym była człowiekiem, to bym się udusiła. Ale widać ludziom to nie przeszkadza.
W czasie ostatniego wieku miasto bardzo się zmieniło. Na zgliszczach pięknej Warszawy wyrosły blokowiska i drapacze chmur. A jedyny wyjątek stanowi Park Skaryszewski. Taki był sto lat temu i taki jest dziś.
ZARĘCZYNOWY PIERŚCIEŃ
Klaudia ABRAMOWICZ Klasa VI
Jestem starym pierścieniem. Chciałbym opowiedzieć Ci moją historię, a przy okazji wyjawić mój najskrytszy sekret. Moja właścicielka często zaglądała do mojego wnętrza, gdzie spoczywały dwie fotografie: jej i jego. Kiedyś byłem piękny i błyszczący, a teraz leżę na plaży - w tym samym miejscu, w którym w dniu zaręczyn ujrzałem swoją właścicielkę. Było to tak...
&nbs Pewnego letniego wieczoru młody mężczyzna, znalazł mnie na plaży, ale nie w postaci pierścionka, tylko samego kamienia. Zaniósł mnie potem do jubilera, u którego dołączono mnie do złotej oprawki. Przyczepiono mnie do klapki sygnetu (miał to być otwierany pierścień na zdjęcia bliskiej osoby). Jubiler bardzo dokładnie mnie oprawiał, łaskotał mnie w kamień, co bardzo mnie irytowało. Potem nadszedł najprzyjemniejszy moment, czyli polerowanie. Pod koniec całej tej jubilerskiej męczarni byłem gotowy. Moim oczkiem na świat stał się piękny bursztyn. Wkrótce potem zostałem przeniesiony na wystawę sklepu jubilerskiego, skąd mogłem oglądać cały świat. Wszyscy mnie podziwiali. Czułem się kimś lepszym, niż tylko nędznym kamieniem leżącym bez potrzeby na plaży. Niedługo jednak znalazł się mój kupiec. Pochodził on z Ameryki, był dość zamożnym i bardzo zachłannym człowiekiem. Kochał pieniądze a bliscy nie mieli dla niego najmniejszego znaczenia. Był przystojnym mężczyzną o kruczoczarnych włosach, z błyskiem w oku. Długi nos sprawiał, że jego twarz wydawała się smukła. Miał atletyczną budowę i był wyjątkowo silny.
Kiedy mnie odebrał od jubilera, natychmiast trafiłem do zamszowego pudełka. Myślę, że zależało mu na mnie, ponieważ co wieczór sprawdzał czy jestem na swoim miejscu. Jednak w jego oczach nie było troski, której oczekiwałem, lecz chciwość i chytrość, więc nie byłem zbyt szczęśliwy. Potem jednak mój los się odmienił. Pamiętam tę noc jakby to było wczoraj. Mój pan poszedł na przyjęcie, regularnie bowiem bywał na imprezach klubu golfowego. Ten dzień był bardzo wyjątkowy. Mój właściciel wrócił po północy. Gdy sprawdził czy jestem na miejscu, w jego oczach ujrzałem coś obcego. Wydawał się inny, nagle zobaczyłem, że po jego policzku spłynęła łza. Od razu wiedziałem, że coś się zmieniło. Wyjął czarno-białe zdjęcie, a na nim... mój pan z tajemniczą kobietą. Był bardzo przejęty. Pokazał mi tę fotografię jakbym był jego najlepszym przyjacielem. Myślałem, że jego wymarzoną towarzyszką, a moją panią będzie ładna niebieskooka blondynka. A tymczasem zobaczyłem na zdjęciu brzydką, grubą, ale nade wszystko uśmiechniętą kobietę. Po jej twarzy można było się spodziewać, że w życiu bardzo wiele przeżyła. Po chwili usłyszałem: - Tak. To niezwykła kobieta. A wiesz czym mnie urzekła pierścionku? Swoją delikatnością. Tylko takie kobiety cenię. Myślę, że to ta jedyna powiedział wpatrując się w fotografię. Domyśliłem się u kogo będę na palcu. Aż mnie dreszcz przeszedł. Wtedy nie wiedziałem jak bardzo się myliłem! Ciągle zadawałem sobie pytanie: ,,CO ON TAKIEGO W NIEJ WIDZI!?"
Mój pan spotykał się z nią. Chodzili razem na spacery, na kolacje, do teatru. Poświęcał jej bardzo dużo czasu, więcej niż mnie. Powoli stawałem się zazdrosny. Już nie znaczyłem dla niego tak wiele jak wcześniej, choć wtedy zamieniał moją wartość na dolary. Wolałbym już to, niż nic. Cały ten związek (jeśli można to tak nazwać) trwał dwa lata.
Pewnego dnia mój pan zabrał mnie z pudełeczka i włożył do kieszeni smokingu. Wyszliśmy z domu. Kieszeń nie była głęboka, więc mogłem zobaczyć gdzie jestem. Znajdowaliśmy się w samochodzie. Siedzenia były pięknie wyścielone a szyby błyszczały czystością, tak samo mój pan. Wyprasowana koszula, czarny smoking i zdenerwowanie na jego twarzy świadczyły o tym, że poważnie myślał o tej kobiecie. Wyciągnął kluczyki i odpalił samochód. Przez okno padały ciepłe promienie słoneczne, sprawiając, że mój kamień błyszczał jeszcze bardziej. Na niebie nie było żadnej chmurki, w końcu panowało gorące lato. Kiedy ruszyliśmy wszystko za oknem zmieniło się w jedną długą smugę. Pędziliśmy jak szaleńcy. Słychać było dźwięki klaksonów. Spojrzałem na mojego pana, był skupiony na jeździe, a na jego czole pojawiły się krople potu. Zbliżaliśmy się do celu. Po kilku minut zatrzymaliśmy się. Mój pan poprawił swoje włosy, odetchnął i wysiadł ze mną w kieszeni. Znaleźliśmy się na plaży. Poszliśmy w jej głąb i nagle zobaczyłem kobietę z fotografii. Nic się nie zmieniła, wciąż była gruba i brzydka. Stała na samym brzegu. Ubrana była w czarną sukienkę a w ręku trzymała czerwoną różę. Jej brązowe włosy były rozwiane i niedbale zapięte. Była wpatrzona w morze. Odwróciła się, a mój pan cmoknął ją w policzek. Po chwili usłyszałem:
- Mam coś dla Ciebie. Czy zostaniesz mo..m......
- NIE!!!! - krzyknąłem. Oboje się rozejrzeli.
- Kto to był?... Wiem, co chcesz powiedzieć. Tak!!! - na te słowa mój pan włożył mnie na jej palec. ,,To koniec" - pomyślałem sobie. Od tej pory zostałem pierścionkiem zaręczynowym.
Praktycznie nic o niej nie wiedziałem. Nawet imienia nie znałem, a co dopiero charakteru. Jednak po paru tygodniach polubiłem ją. Nie powinienem jej od razu oceniać i to był mój błąd. Dbała o mnie. A najważniejsze jest to, że mojej wartości nie przeliczała na pieniądze. Znaczyłem dla niej bardzo wiele. Kobieta codziennie mi się zwierzała ze swoich problemów. W pewnym sensie byłem jej pamiętnikiem i oczywiście przyjacielem. Dowiedziałem się, że miała trudne życie.
Wkrótce mój poprzedni pan musiał wyjechać do Ameryki. Marysia - bo tak miała na imię moja pani - tęskniła. Codziennie wpatrywała się w jego fotografię. Pewnej niedzieli on zapukał do drzwi, lecz nie był sam. Okazało się, że obok niego stała kobieta, z Ameryki.
- Moja oferta nie jest już aktualna. Ożeniłem się z inną, proszę o zwrot pierścionka - rzekł mój poprzedni pan urzędowym tonem.
- Nie oddam ci go, bo go wyrzuciłam. Taki łajdak jak ty nie zasługuje na nikogo!!! Do widzenia - wrzasnęła Marysia.
Oparła się o drzwi i ciężko sapała ze zdenerwowania. Po chwili rozpłakała się. Przez parę dni nie ruszała się z domu. W końcu postanowiła pojechać na plażę. Gdy już dotarliśmy na miejsce, Marysia stanęła na skale, zdjęła mnie z palca i kiedy już chciała podnieść rękę, krzyknąłem ,,NIE", ale niestety za późno. Marysia wrzuciła mnie do morza.
W taki właśnie sposób znalazłem się na tej plaży znowu, lecz nie sam. Mam ciekawe wspomnienia i oczywiście dwa zdjęcia w środku: jej i jego.





